Przeskocz do treści
Muzeum Ziemi Średzkiej – Dwór w Koszutach |
Muzeum Ziemi Średzkiej – Dwór w Koszutach -

W dniu wybuchu wojny ja miałem niespełna 6 lat. Mieszkaliśmy w Środzie na ul. Kościuszki. Między dzisiejszą ul. Paderewskiego, a ul. Poselską. Poselskiej w ogóle nie było. Naprzeciw naszych domków, były pola. Nie było jeszcze szkoły, tylko normalne pola ze zbożem i ziemniakami. I tak się szczęśliwie złożyło, zacznę od tego, że w sierpniu rodzice skończyli budowę takiego budynku gospodarczego. To był taki podłużny budynek w podwórzu, z przodu miał wejście i okno, a z tyłu miał wejście i dwa okna. Świeżo wymalowany. To nas uratowało. I mieliśmy ogród, jakieś 100-120 m, ogrodzony. Wszyscy mieli takie same w tym rzędzie domów. Z tym, że rodzice nie uprawiali niczego tylko mieli drzewa owocowe różne, krzewy owocowe różne. No i trawniki. Na tym koniec. I altankę w tych drzewach.

 

Na początku grudnia 1939 roku, walił ktoś w drzwi, pamiętam. Przyszło Gestapo i zarządzili, że mamy się pakować… A odezwał się taki żołnierz wysoki rangą, słuchali go. I pyta się ojca (a muszę zaznaczyć, że rodzice, zarówno mama, jak i tata znali perfekt niemiecki) czy ma gdzieś tu znajomych, kolegów, rodzinę. No bo musimy się wyprowadzić. Ci panowie nas zabierają. A na to, podobno, się odezwał ojciec i mówi, że ma pomieszczenie nowo wybudowane i czy mógłby tam zamieszkać, w podwórzu. Poszedł zobaczyć i zgodził się… Jak się potem okazało to był Obersturmbannfuhrer SS po cywilnemu, czyli podpułkownik SS Carl Lincke, do dziś pamiętam, w okularach. I chodził ubrany po cywilnemu, tylko miał przypięta odznakę SS i coś tam jeszcze – trupią czaszkę. Pracował w tym Gestapo Poznańskim. Dojeżdżał. Miał samochód, chodził po cywilnemu. Z czasem się okazało, że zarówno średzka policja, jak i średzkie Gestapo, drżeli przed nim, bali się go – tak mi ojciec mówił. Bo skąd ja mogłem wiedzieć. 

 

No to zabraliśmy jakieś meble i zamieszkaliśmy w tym nowo wybudowanym budynku. Sąsiedzi, których później powyrzucali z tych ich mieszkań, domków, pomagali nam się tam urządzić. Na drugi dzień, dosłownie, on sam przyjechał z dwoma jakimiś i ustawiali jeszcze coś, poprawiali tam te meble. Coś przywieźli jeszcze, mieliśmy trzy pokoje, i to wszystko zajął, kompletnie. Mieliśmy piwnicę, murowaną, pod podłogą z oknem małym, płaskim na zewnątrz. Bardzo dobrze, że to okno było. Być może, że nie zwrócili uwagi, albo zlekceważyli, tam było światło, normalnie światło się włączało, ale także kontakty. I to było bezcenne. Później się okazało. Trzymaliśmy tam ziemniaki, buraki, takie rzeczy. No i ten facet, ten SS-man zażądał, że on by chciał, skoro tu mieszkamy, żeby mama gotowała mu, przygotowywała śniadania, obiady, kolacje. Najpierw nie było kartek żadnych żywnościowych, ale później były. No ale oni mieli zupełnie inne. Bo to według kartki, oczywiście. No to gotowała. Bardzo był zadowolony. Myśmy tam mieszkali. W 41. roku chyba już, ojciec przyszedł z dwoma jeszcze, potem się okazało, że to byli panowie Szczepaniak i Szukalski z AK. I łącznie z ojcem, ojciec mój się nazywał wiadomo Maćkowiak, i też Stanisław. [śmiech] I oglądali piwnice. Ziemniaki i co tam było, wszystko wywalili. Trochę zostawili w narożniku. Ja nie wiedziałem po co, ale później się dowiedziałem. Tam zainstalowali radiostację AK-owską. W Środzie była centrala na Śrem, na Jarocin, na Wrześnię, na Poznań nawet. Londyn nadawał, po angielsku i po polsku. No ojciec znał, jak się potem okazało, słabo, ale tam przychodził taki młodzieniec, po liceum, co znał angielski. Syn, teraz nie umiem powiedzieć, czy to był Szukalskiego czy Szczepaniaka. Z tym, że dziwny, szczęśliwy traf sytuacji dla moich rodziców. Poczynając od tego zamieszkania, tych obiadów, tej instalacji radiostacji nadawczo-odbiorczej. Jak mówił ojciec, był radio-technikem. I wszystko obsługiwać umiał. To co było przed wojną. Ta piwnica i ten Gestapowiec. Nie do wiary. Wszystko co dostawał, łącznie z pieczywem, plackami na sobotę, niedzielę – czasami go nie było cały tydzień z resztą – to to wszystko mi dawał… 

Jestem córką Stanisława Machajewskiego i Bronisławy z Burzyńskich. Chciałabym opowiedzieć o rodzinie ze strony ojca. Mój dziadek, Walenty, miał za żonę Martę Leporowską i z tego małżeństwa było czterech synów. Ale to było drugie małżeństwo. Mój dziad z pierwszego małżeństwa miał dwóch synów: Romana i Ludwika, którzy już jako dorośli mężczyźni wyjechali do Niemiec. W Dreźnie mieli rozlewnię różnych wód, potem stamtąd wyjechali do Ameryki. Mój dziad, jeszcze jako wdowiec pojechał za synami do Ameryki, jednak bardzo szybko wrócił. Walenty, był kowalem i mieszkał w Krerowie. Tam też miał swój mały interesik. Po ślubie z Martą Leporowską  przywędrował do Środy. Z tego małżeństwa urodziło się czterech synów: Franciszek, Marian, Stanisław i Stefan. Dziadek zmarł w 1913 roku i babcia została sama z czterema chłopakami. Ojciec miał wtedy 13 lat i babcia Marta oddała go pod opiekę Ludwikowi Leporowskiemu, realizując testament swojego męża Walentego.

Ludwik Leporowski rzeczywiście zajął się młodym człowiekiem i wyprowadził go na bardzo dobrą drogę. Wyuczył go zawodu. Ojciec chodził do szkoły, oczywiście niemieckiej, bo to były czasy jeszcze przedpowstańcze. Nadszedł czas Powstania Wielkopolskiego: Stanisław i jego bracia, Franciszek i Marian – wzięli w nim udział. I wszyscy szczęśliwie wrócili. No ale czasy między powstaniem, a wojną 39 roku to były czasy takie, w których ojciec najpierw nabierał rozsądku życiowego, bo to musiał się wszystkiego jeszcze bardzo uczyć. Ale ponieważ miał pewne podstawy, ten kręgosłup już ułożony, także wiedział czym się zająć i co robić. Ojciec jako młody człowiek zajął się Powstańcami i zaczął współpracować z księdzem Meissnerem, a którym postanowili stworzyć kwaterę powstańczą. W 1935 roku miejsce zostało wykupione i zaczęła się praca nad wymurowanie muru, posadzeniem drzew itd. Mój ojciec bardzo zaangażował się w tą sprawę i został prezesem Towarzystwa Powstańczego. I przyszedł rok 1939. Zaraz na początku wojny zmarła jego mama Marta i została pochowana na cmentarzu w Środzie, tam gdzie był pochowany już dziadek. A moi rodzice w związku z tym, że ojciec był tym prezesem musieli uciekać….

Właściwie to nie wiedzieli w ogóle co mają ze sobą zrobić na samym początku, ale w Zberkach koło Środy zarządcą tego gospodarstwa był Niemiec, kolega ojca, z którym ojciec współpracował. Właśnie w tych Zberkach kolega ojca powiedział mu, że musi uciec, ponieważ jest na liście osób do rozstrzelania. Jeszcze dobrze wojna się nie zaczęła, a już to wszystko mieli Niemcy zorganizowane.

Wtedy moi rodzice wyjechali. Pod Kutnem zatrzymali ich Niemcy, bo było bombardowanie… Jak zaczęło się to bombardowanie, rodzice wyskoczyli z samochodu i uciekli w pole, między radlonki ziemniaków. Po chwili na miejsce przyjechali Niemcy i  sprawdzali kto ma broń. Nikt się nie zgłosił, ale jeden chłopak zaczął uciekać. Okazało się, że to był Żyd i miał pistolet, więc go zastrzelili. To już w ogóle było straszne dla wszystkich ludzi, którzy tam byli, że można tak bez problemu zabić człowieka. Mama zawsze opowiadała, że ona sobie nie wyobrażała jak to dalej będzie i co to się z tego wszystkiego stanie. I mówiła, że jakiś cud chyba nastąpił, bo nagle ci Niemcy odjechali i zostawili tych ludzi. No więc moi rodzice wtedy stamtąd postanowili wrócić. W Tadeuszewie zatrzymał ich taki rolnik i ostrzegł ich, że nie wolno im jechać do Środy, bo dom był już zajęty i czekali na nich Niemcy. Ten człowiek przechował rodziców, można tak powiedzieć, przez cały wrzesień i  październik w stodole. W końcu zdecydowali, że pójdą do Jarocina, gdzie mieszkała mojej mamy mama ze swoją drugą córką. […] Tam w Jarocinie mieszkał jeszcze sąsiad, który nazywał się Choinka i akurat zmarł. On był mniej więcej w tym samym wieku co ojciec, ojciec był 1900 rocznik, a tamten pan był 1894 czy 1896. Rodzina dała ojcu jego dokumenty i na tych dokumentach rodzice wyruszyli w dalszą podróż pociągiem…

 

Urodziłem się w Sulęcinie w 1932 roku. W Sulęcinie moja rodzina mieszkała do 1938 roku, kiedy to przeprowadziliśmy się do Jarosławca. Tam mieszkaliśmy przez całą wojnę.

W 1939 roku miałem pójść do szkoły, ale wybuchła wojna. Inni chodzili do szkoły, a ja nie, bo prawie całą wojnę, od 1942 roku, jako młodociany pracowałem w Jarosławcu. To były różne prace. Zaczęło się od wyrywania zielska w polu, potem pracowałem w oborze i w polu opyłaczem. To jest urządzenie do wycinania zielska… Rośliny rosły rządkami, a pomiędzy tymi rządkami jechała maszyna. Jeden człowiek kierował, a ja chodziłem z boku z jednej strony, z drugiej strony ktoś inny. Potem to były różne roboty: trzeba było zamiatać, sprzątać, czyścić na przykład buraki – teraz u nas się tego nie stosuje. Teraz bierze się z pola wsypie się do koryta jest jakie jest, ziemię ma. A Niemcy to kazali jednak oskrobać, żeby było bez ziemi. I jeszcze takie były – to mi się bardzo podobało –  traktory. W Jarosławcu mieli wiele traktorów, ale jeden szedł na holzgas. Zamiast paliwa, spalało się drewno, tliło się i to stwarzało ten napęd. I to mi się podobało, bo oni cieli drzewo na plastry grubości mniej więcej do 5 cm, a potem łupałem to na drobne kawałki i to we worki pakowałem. Potem na pole ktoś zabierał pięć – sześć worków. I też pamiętam, że we wojnę na Rynku Starym był przystanek autobusowy. Bo główna trasa jechała ulicą Dąbrowskiego i na Starym Rynku był przystanek i jechał dalej. Jechali Kilińskiego, Kórnicką i do Poznania. No i tak samo do góry, na autobusie mieli worki  naukładane. I też pamiętam, że w Środzie kierowca wyszedł, przepchał i nasypał zamknął wszystko i jechali dalej…

Pod koniec wojny w Jarosławcu pojawiły się maszyny. Wtedy już nie rąbałem, to maszyna przecinała te klocki. Ale przez całą wojnę robiłem rozmaite prace. I na snopowiązałce pracowałem. To jest maszyna, która na żniwach kosiła i to trzeba było na zakręcie te snopki odrzucać, żeby czasem nie najechać tą maszyną traktorem czy końmi, żeby nie wykruszyło się zboże. Niemcy pod tym względem byli bardzo oszczędni… Ale za dużo nie chwalę, bo dostałem też od nich. Nakopali mi raz… Jak przyszedłem z Jarosławca do Środy na zakupy, bo tam nie było sklepu. Trzeba było przyjść. Matka mnie wysłała do miasta, żebym coś kupił, a kuzynkę miałem tam to z nią szedłem. Wtedy akurat szedłem do kuzynki i na ulicy Piłsudskiego z jednej strony szedł Niemiec, taki wysoki chłopak. Ja przypuszczam, że to był Hitlerjugend. On przechodził z jednej strony, ja z drugiej i tak na środku drogi się spotkaliśmy i tam mnie zaczął okładać. Z okna jednego domku patrzyła kobieta, starsza osoba, ona to zobaczyła i krzyczy: „Ty chamie, co robisz!” – przybiegła i obroniła mnie. Więc potem poszedł sobie, ale to pamiętam kopany byłem, obity. On pewno myślał, że ja polecę i z daleka będę mu się tam kłaniać.

A w Jarosławcu jak was Niemcy traktowali?

No niby tam ludzie jako tako mieli, nie powiem. Jakoś sobie tam żyli, ale jeśli chodzi o szkołę to ja dopiero w 1945 roku, w lutym, zacząłem chodzić do pierwszej klasy. No i tam w pierwszej klasie byłem dosyć długo, bo chyba 2 dni. W drugiej byłem jeszcze krócej, bo tylko 1 dzień. W trzeciej klasie byłem do czerwca, a po wakacjach poszedłem do czwartej klasy i po roku przyszedłem do Środy i chodziłem do klasy piątej „b”. I się na tym skończyło, bo było za dużo ludzi – nie było miejsca i trzeba było szukać innej. Ja poszedłem od razu do zawodowej szkoły. Niektórzy szli do klasy wstępnej, a że ja miałem troszeczkę tych klas ukończonych to poszedłem od razu do pierwszej klasy. Także potem taki kurs tylko był. A ja chodziłem normalnie przez 3 lata do szkoły zawodowej. I po ukończeniu pracowałem u majstra Dzikowskiego…

 

Muzeum Ziemi Średzkiej „Dwór w Koszutach” bierze udział w międzymuzealnym projekcie „Czytanie obrazów”, prowadzonym przez Fundację Kultury bez Barier! Dzięki temu na stronie www.czytanieobrazow.pl znaleźć można audiodeskrypcje, tłumaczenia na język migowy oraz opisy w tekście prostym, do wybranych eksponatów z naszej instytucji oraz wielu innych muzeów i galerii.

Eksponaty z naszego muzeum znajdują się tutaj: https://czytanieobrazow.pl/instytucje/muzeum-ziemi-sredzkiej-dwor-w-koszutach/

 

Realizatorem projektu Czytanie Obrazów jest Fundacja Kultury bez Barier we współpracy z Muzeum Ziemi Średzkiej „Dwór w Koszutach”. Projekt dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w ramach programu Kultura Cyfrowa

 

 

logo Fundacja Kultury bez barier

Logo Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Pracę w Fagamecie w Poznaniu, w Dziale Technologicznym, rozpocząłem 1 kwietnia 1967 roku . Po miesiącu mój szef, główny technolog, pan inżynier Kaźmierczak, złożył pozytywną opinię o mojej pracy, przewodniczący rady zagwarantował i przydzielono mi mieszkanie w zakładowym budynku, który miał być oddany w 1968 roku. Jednak zrezygnowałem z tego mieszkania zakładowego, bo wolałem nie łączyć się tak mocno ze Stomilem. Wtedy nie wiedziałem, że przepracuję tam trzydzieści parę lat…

W czasie od kwietnia 1967 roku do października, może listopada 1968 roku dojeżdżałem do Poznania. Stomil się przenosił, można powiedzieć, pioniersko. Bo przenosiliśmy się na ruchu, żeby nie wstrzymywać produkcji do zakładów oponiarskich do Dębicy, Olsztyna, Poznania. Robiliśmy w Poznaniu nadprodukcję i na ten okres przenoszenia poszczególnych wydziałów tak to zgraliśmy, że nie było problemu z dostarczaniem. Otwarcie oficjalne było w 1968 roku, nie pamiętam dokładnej daty. To było piękne otwarcie na hali produkcyjnej wśród maszyn. No zaczęła się działalność tu w Środzie. Ponieważ Zakład Stomil podlegał wtedy pod Ministerstwo Przemysłu Chemicznego to my byliśmy jako jedyny zakład metalowy w branży gumowej. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale przez krótki czas Fagamet przechodząc do Środy nazywał się Zakłady Przemysłu Gumowego Gumet. Później, jak dyrektorem Zjednoczenia w Łodzi został pan Olejniczak, to wszystkie zakłady gumowe za zgodą Stomila poznańskiego (bo Stomil przed wojną miał tylko i wyłącznie Stomil poznański i to było zagwarantowane w umowie nazewnictwa) wszystkie zakłady branży gumowej, takie jak Dębica, Olsztyn, Wolbrom, Warszawa, Stomil poznański i my, przyjęliśmy nazwę Stomil. Podlegaliśmy bezpośrednio pod Zjednoczenie Przemysłu Gumowego w Stomilu. Wtedy ta hierarchia była następująca: Zakład, Zjednoczenie, Ministerstwo. I tak to się toczyło do przemian ustrojowych.

Od 1968 roku stale się rozwijaliśmy. Pierwsze maszyny, urządzenia, te które przyszły z Poznania to były proste maszyny, rewolwerówki, proste urządzenia. A my stawialiśmy na nowoczesność, wydajność i jakość. My jako Stomil braliśmy udział w Międzynarodowych Targach Poznańskich, które były raz w roku w okolicach czerwca. I były też dwa razy targi krajowe: wiosenne i jesienne. Mieliśmy swoją ekspozycję wystawową, a my jako kadra techniczna, mieliśmy obowiązek brania udziału w Targach Międzynarodowych, przynajmniej dwa dni. I służbowo jeździliśmy na Targi, tam śledziliśmy postępy w tej dziedzinie za granicą, szczególnie w zasadzie to były Niemcy, Francja, Szwajcaria, czyli kraje w których pojawiały się nowinki. I najpierw sprowadziliśmy z Niemiec automaty tokarskie i przezbrajaliśmy produkcję. Później cały czas byliśmy na etapie poszukiwań, co jeszcze. Bo dzisiaj, jak patrzę z perspektywy czasu to mamy wszystko, a przedtem, w tych latach 60’ początku lat 70’ to było ubogo. I też zaczęliśmy dodatkową produkcję różnego rodzaju gadżetów: urządzenia do badania jakości ogumienia, czyli wysokości bieżnika, później okulary kąpielowe, które nam wtedy testowała znana poznańska pływaczka pani Zarzeczańska. Także ta działalność była, powiedzmy, poszukiwawcza. I cały czas coś robiliśmy nowego.

Mieliśmy wspaniałego dyrektora pana Szkudlarczyka. Ja jestem przekonany, że gdyby pan Szkudlarczyk nie zginął w 1982 roku w wypadku, to Stomil byłby do dnia dzisiejszego prężną firmą w Środzie. Bo to był człowiek, który żył Stomilem. On to napędzał. On nas wszystkich dopingował. Oczywiście zdarzało się, że były męskie rozmowy, ale ja nie narzekam. Wolałem trzy razy coś zrobić, żeby było dobrze, niż coś przeoczyć. Dzięki niemu Stomil prężnie się rozwijał i przy tych sprawach produkcyjnych jeszcze duży nacisk kładł na sprawy ludzkie. Na przykład zawsze w czerwcu, na Dzień Chemika zapraszaliśmy byłych pracowników – emerytów na  spotkania. Oni sobie przyjeżdżali, zwiedzali zakład i też oczy nie raz przecierali, że pracował na jakiejś zwykłej rewolwerówce, a teraz już jest automat, który robi sto razy więcej. To była jedna z tych działalności. Druga rzecz, żeby zintegrować nas jako załogę organizowano: dzień dziecka, czy dzień kobiet. Ponadto mieliśmy w Stomilu przychodnię lekarsko-stomatologiczną i też dyrektor zawsze na Dzień Służby Zdrowia prosił tą kadrę lekarzy, stomatologa i organizował spotkanie. I ja to pamiętam doskonale, bo już wtedy robiłem zdjęcia…

 

Czarno-białe zdjęcie ludzi zgromadzonych na trawie, w tle namioty. Na pierwszym planie w szeregu, trzymając się za ręce stoją dzieci i dorosłe kobiety. Większość się uśmiecha.

Dzień dziecka dla dzieci pracowników Stomila. Spartakiada w ośrodku wypoczynkowym w Zaniemyślu-Zwoli, 1988 rok,      fot. Józef Odalanowski

 

 

 

 

Urodziłem się 15 marca 1933 roku w Poznaniu. Moje siostry obydwie też urodziły się w Poznaniu. Natomiast ojciec i cała jego rodzina pochodzi z Kresów. Z województwa lwowskiego. Ojciec urodził się we Lwowie. Natomiast mama urodziła się we Wrocławiu, wtedy to miasto nazywało się Breslau.

Tata [Marian Stanisław Połowicz] ukończył akademię rolniczą w Dublanach. Tam był najpierw asystentem profesora Miecznikowskiego, tego, który odkrył chorobę mozaikową tytoniu (i ze Stanów Zjednoczonych wtedy dostał za to całkiem niezłe pieniądze). Później ojciec pracował i był zarządcą dóbr barona Goetz’a-Okocimskiego. To był duży klucz majątków. Ojca praca ta bardzo satysfakcjonowała, bo tam nawet ich bydło, czy konie, czy owce jechały na wystawy rolnicze w Berlinie. Tyle, że ojciec był sympatykiem Stronnictwa Ludowego. Warto przeczytać życiorys mojego ojca. Bo ja tego nie wiedziałem, byłem bardzo zaskoczony wieloma szczegółami z życia ojca. Bo on bardzo nie lubił o sobie mówić. I były takie ciekawe rzeczy, które ja na przykład zapamiętałem. Ojciec mi opowiadał, jak na przykład Kozacy szarżowali, rozpędzali demonstracje Polaków za czasów jeszcze carskiej Rosji. To jak szablą uderzali, to nie ostrzem tylko płazem. I jeszcze, jak były te wybory i startowało tam chyba ze 20 partii, to ojciec jako student poszedł na wioskę agitować, żeby głosować na kandydata ludowców. I jak się spotkał tam z pracownikami tego majątku, bo to wtedy były majątki w rękach prywatnych właścicieli, to jeden z tych ludzi powiedział do niego: „Słuchej no. Ty chcesz, żeby głosować na ludowca. A ja będę głosował na pana hrabiego”. Ojciec mówi: „No jak to, ty fornal i chcesz głosować na pana hrabiego?” – „Tak, chcę głosować na pana hrabiego. A wiesz dlaczego? Bo pan hrabia ma wszystkiego potąd [wskazuje czubek głowy], dlatego on nie będzie kradł. Tylko będzie myślał nie raz jak ulżyć takim ludziom jak my. Natomiast jak do władzy się dorwie ktoś taki jak ty, czy ja, to tylko będzie myślał, żeby kraść”. I w sumie w tej myśli, tego człowieka, prostego człowieka, jest dużo racji….

Ojciec u tego barona Goetza bardzo sobie tą pracę chwalił i o nim bardzo dobrze też mówił. Ale ojciec wystąpił o podwyżkę płac dla służby tego barona. A baron do ojca mówi tak: „Panie rządco. Przecież jak im coś brakuje to oni sobie dokradną”. To ojciec się obruszył i powiedział: „To ponieważ jak u pana pracuję to pan uważa też, że ja kradnę” i wypowiedział pracę. No i wziął walizkę i maszerował z tą walizką. Do stacji kolejowej było wiele kilometrów. I mówił, że jak szedł to nadjechała powózka, piękne dwa konie arabskie zaprzężone i ten co powoził mówi: „Pan baron mówi, żeby pan rządca wrócił”. A ojciec powiedział „nie”, chociaż przykro mu było i mówił, że może głupio zrobił. Wtedy ojciec przeszedł do szkolnictwa.

Najpierw uruchomił szkołę rolniczą w Odolanowie. I później też uruchomił tu szkołę rolniczą w Środzie. Ale wtedy brat mojej mamy, który był w stopniu majora w sztabie generała Sosnkowskiego i on ostrzegł moich rodziców, żeby uciekali ze Środy. Uciekliśmy do dziadków, tzn. rodziców mojej mamy, którzy mieszkali we Lwowie na ul. Żółkiewskiej jak pamiętam. W 1939 roku. Jak pamiętam, to był ostatni transport kolejowy… Na kilka dni przed wybuchem wojny. I myśmy tam uciekli do dziadków, i całe szczęście, bo ojciec ponoć był na liście osób do rozstrzelania tutaj w Środzie…

Urodziłam się w Jaszkowie w 1936 roku. Moi rodzice pracowali dla dziedziczki, która posiadała pałacyk w Zaniemyślu. Później zamieszkaliśmy w Środzie na ulicy Kasprzaka. I tam właśnie Niemcy, na początku II wojny światowej, przyszli w nocy i zapukali do drzwi. Kolbami, bo oni uderzali w drzwi kolbami. Mamie tak trzęsły się ręce, że nie mogła zapalić lampy. Tam nie było jeszcze elektryczności, może w Środzie tak, ale na pewno nie było na przedmieściach. Po pewnym czasie lampa się zapaliła, Niemcy weszli i powiedzieli – Ubierać się, nie zabierać dużo rzeczy, tylko potrzebne i wychodzimy. Ja byłam malutka, leżałam pod pierzyną i zaczęłam płakać. I ten jeden żołnierz, a było ich dwóch, popatrzył na mnie i powiedział, żeby zabrać poduszkę i pierzynę. Mama włożyła co mogła do worka i poszliśmy. Najpierw gromadzili nas na rynku, przed sądem, a później prowadzili do cukrowni. Stamtąd na pociąg i wszyscy na tych bagażach pojechaliśmy do Konstantynowa koło Łodzi.

I jak wspominał mój starszy brat, Michał, który więcej pamięta tam była fabryka i tam nas rozlokowano. Wspominam relacje mojej mamy i Michała, bo ja w tym czasie byłam małym dzieckiem. Z tej podróży pamiętam głównie wieżę wodociągową. Wracając do Konstantynowa. Tam nas rozlokowano. Ale zanim to się stało to musieliśmy przejść kontrolę. I tam byli rzeźnicy, piekarze ze Środy. Raczej elita. My byliśmy bardzo ubodzy. Wszyscy musieli oddawać swoje pieniądze. To jest wspomnienie Michała. I kiedy tam staliśmy, to widzieliśmy, że jeden mężczyzna, który nie oddał wszystkim pieniędzy został pobity. Kolejni już oddawali wszystkie pieniądze. I przyszło do naszego ojca, który powiedział, że ma 5 marek. Żołnierz widząc, że jest biedny, kazał mu je zachować. I 5 marek to nie były pieniądze… I wtedy już rozlokowaliśmy się. Leżeliśmy na podłodze. Właściwie na betonie. Tam był tylko beton i mała warstewka słomy, czy czegoś podobnego. To było tak zrobione, że była wąska ścieżka i po obu stronach ludzie.

W tym obozie był głód. Może nie na samym początku, bo ludzie mieli ze sobą zapasy, a na środku przy kranie z wodą stały beczki. Dostawaliśmy takie małe kliniki chleba. Był to chleb okrągły, pokrojony na kliniki. Dorosły dostał większą, ja, jako dziecko dostałam mniejszą. I widziałam, że ludzie ten chleb zostawiali. To zwróciło moją uwagę. To nie trwało długo, dlatego że ludzie wygłodnieli, albo nam porcje zmniejszyli. Tego już nie wiem. A zupa była taka, jakby sama woda. Także był głód. I były wszy. A wszy były duże, z krzyżem na plecach. To znaczy ta krew tak się czarna zaznaczała na nich.

Tam byliśmy dosyć długo. Tak długo byliśmy, że noga mi urosła i mama wycięła mi przód z buta, żeby palec mógł wychodzić. A że byłam bardzo wścibska i wszędzie mnie było pełno to miałam taką sytuację. To mógł być kwiecień, kobiety wygrzewały się pod murem, żeby tego słońca trochę złapać. Mogła to być końcówka marca. Wiem, że było słonecznie. I kiedy kobiety sobie tam trajlowały o swoich rzeczach, ja się nudziłam. Pamiętam, że byłam bardzo głodna. I zobaczyłam, że szedł SS-man, co taki niedobry był. Szedł, a ja okrążyłam te kobiety, one nie zwracały na mnie uwagi, wyszłam temu SS-manowi naprzeciw i powiedziałam że jestem głodna. On na mnie popatrzył – a to był niedobry człowiek – i powiedział, że mam iść z nim. Poszłam z nim do kuchni. Byłam zadowolona. Poszłam do kuchni i w tej kuchni on powiedział, że mają mi chleba dać. One mi dały chleba, ale suchego, więc powiedziałam – ale ja z marmoladą chcę. A marmolada była chyba z buraków, ale była słodka. On spojrzał na nie i powiedział – z marmoladą. No i zauważył, że mi te palce wystają i zaprowadził mnie do trupiarni. A tam w trupiarni były kupki z rzeczami. Jak ludzie umierali to tam te rzeczy wszystkie rzucali. Ale ja sobie nie zdawałam sprawy, gdzie idziemy. Tylko mama wiedziała, co to za miejsce. Jak mnie zobaczyła, to jej serce zamarło. A on tym swoim pejczem szukał bucików w tej trupiarni. Znalazł, kazał mi założyć. No to ja cupnęłam, założyłam buty i powiedział – A teraz raus!

A ja zapomniałam swoich butów wziąć. Już byłam przy wejściu, ale wróciłam jak cugowiec z powrotem, złapałam swoje buty i wtenczas sprint! I uciekłam. A on zaczął się śmiać. Pierwszy raz widziałam, że ten człowiek się śmieje. Nigdy go nie widziałam śmiejącego się…

Mój dziadek, Aleksander Ciastowski, urodził się w 1878 roku. Pochodził z rodziny młynarskiej. Jego ojciec, Antoni, miał młyn w Jaszkowie koło Śremu. Mój dziadek uczył się zawodu pracując z rodzicami. Następnie prowadził młyn razem z braćmi, Franciszkiem i Nikodemem. Był współwłaścicielem młyna w Kórniku. Po jakimś czasie przeniósł się do Środy i pracował jako robotnik na wiatraku. Koleje losu rzuciły go do majątku Służyńskiego, do Lubasza koło Czarnkowa i tam pracował do wybuchu I wojny światowej. Kiedy wybuchła wojna, włączony został do armii niemieckiej i wysłany na front pod Verdun. Tam dostał się do niewoli i został umieszczony w koszarach wojskowych w południowo-zachodniej Francji. W 1917 roku dziadek zgłosił się do Armii Hallera. Po podpisaniu rozejmu w 1918 roku Aleksander Ciastowski wrócił szczęśliwie do Polski. Było to dokładnie 14 kwietnia 1919 roku.

Po powrocie do Środy zatrudnił się w młynie, który stał przy rynku w Środzie. Właścicielem był Józef Kiełczewski. Tutaj dziadek w zasadzie prowadził ten młyn. Dziadek był bardzo sumiennym, bardzo dobrym pracownikiem. Dlatego też w tym młynie pracował długo. Długo i dobrze, można powiedzieć. Żona Józefa Kiełczewskiego bardzo dziadka lubiła i ona mu wyznaczyła tą pracę. Był tam odpowiedzialny za wszystko.

Dziadek miał trzy córki i widocznie powodziło mu się dość dobrze, ponieważ w 1929 roku wybudował duży dom w Środzie przy obecnej ulicy Piłsudskiego. W czasie II wojny światowej już nie pracował. Jedynie jako specjalista ostrzył kamienie młynarskie w młynach. Na początku wojny Niemcy zajęli dom, a dziadka wyrzucili na inne mieszkanie do miasta. Moja mama miała już też swoją rodzinę i trafiła do innego domu. Cały ten nasz duży dom zajęli Niemcy. Mieszkali tam całą wojnę. Dziadek zmarł w roku 1952 i został pochowany  na cmentarzu w Środzie.

 

Mężczyźni stojący na schodach, w dwóch rzędach. Ubrani w mundury pruske i hełmy. Każdy przy nodze trzyma broń.

Aleksander Ciastowski w wojsku pruskim, stoi drugi od prawej strony w pierwszym rzędzie, 1914 rok.

 

Urodziłem się w Środzie w 1947 roku. Rodzina przeprowadziła się do Środy po wojnie. Mama pochodziła z Przybysławia k. Żerkowa, ojciec z Nagradowic. Szkołę Podstawową kończyłem w Środzie, dokładnie Szkołę nr 1.  To właśnie wtedy koledzy ze szkoły, ze starszych roczników, zaprosili mnie na boisko informując, że zgłaszamy drużynę trampkarzy. W określony dzień zameldowaliśmy się na boisku, poszliśmy do prezesa (wówczas pana Wacława Dominiaka) i wymusiliśmy, żeby zgłosił drużynę trampkarzy do rozgrywek. Prezes się zgodził i tak powstała pierwsza drużyna trampkarzy w Polonii Środa. Drużynę zgłoszono do rozgrywek OZPN Poznań, czyli tej jednostki, która się zajmowała tego typu rozgrywkami. Trampkarze to byli zawodnicy do lat 16 i musieli grać w trampkach. Dzisiaj też są trampkarze, ale grają w normalnych butach piłkarskich, jak seniorzy. Nas zgłosiło się wtedy około 25 osób, a potrzebnych było jedenastu plus kilku rezerwowych. Pierwszym trenerem był nieżyjący już Gruntowy Narcyz, pracownik Państwowego Ośrodka Maszynowego w Środzie. On nas przygotował do rozgrywek i po kilku tygodniach rozpoczęły się rozgrywki Ligi Trampkarzy. Po dwóch sezonach drużyna została zgłoszona do klasy juniorów. To już byli wtedy zawodnicy starsi (ja miałem wtedy 13 lat), którzy mogli grać w wieku do 19 lat.

 

Rozpoczęliśmy rozgrywki w klasie juniorów i stała się sytuacja dziwna. W Środzie była już przy Polonii Liga Juniorów, czyli najwyższa klasa rozgrywkowa w województwie, ale za burdy po meczu ze Stomilem Poznań drużyna została zdegradowana do klasy juniorów i część zawodników musiało zaprzestać gry. Sprawę przejęła prokuratura. I z tej naszej drużyny kilku zawodników zostało przesuniętych do tej drużyny, która została zdegradowana. Po jednym sezonie awansowaliśmy do Ligi Juniorów. I wtedy, a to już był rok 1962, wybrani zawodnicy tej Ligi Juniorów zasilili szeregi pierwszej Drużyny Seniorów. I pojechaliśmy na mecz do Wrześni, ja byłem wtedy najmłodszym, musiałem mieć zgodę rodziców, żeby wystąpić w klasie seniorów, pierwszej drużynie seniorów. Oczywiście miałem tę zgodę i przy pomocy kapitana drużyny – Jana Mikołajczaka i kierownika drużyny – Mieczysława Ratajczaka, dostarczyłem pismo sędziemu i zostałem upoważniony do gry w drużynie seniorów.

 

Ta drużyna seniorów to byli zawodnicy starszego pokolenia, nie wszyscy mieli ochotę do gry, ponieważ za niezapłacenie 112 zł składek członkowskich do OZPN Poznań drużyna została zdegradowana do C klasy, czyli do najniższej klasy rozgrywkowej. I wtedy się wszystko rozsypało. Powstała zupełnie inna drużyna, dzięki władzom lokalnym Komitetu Powiatowego PZPR zostaliśmy zgłoszeni do rozpoczęcia nowego sezonu w najniższej klasie rozgrywkowej, czyli w  klasie C. Było nas około 15 zawodników, kierownikiem drużyny był Mieczysław Ratajczak, a trenerem Ryszard Gorgolewski. To było w roku 1963. Bo ci starsi w drugim roku się wycofali. Nie było drużyny, nie istniała. Z tego pokolenia młodszego tylko ja się załapałem. Reszta juniorów, w tym starsi, którzy wyrośli – ukończyli wiek juniora – grało w rezerwach Polonii. Po dwóch latach ta drużyna – drużyna była młoda na ten czas – awansowała do A klasy. Drużyna się wzmocniła kilkoma zawodnikami, spoza Środy, np. Stanisław Kaczmarek przyszedł do nas z Warty Poznań, Mieczysław Kuś z Orkanu Jarosławiec. Drużyna po następnych trzech latach awansowała do ligi wojewódzkiej – to była najwyższa klasa rozgrywkowa w województwie. Tam graliśmy chyba trzy sezony i nastąpiła degradacja z powrotem do klasy A. Część zawodników odeszła.

 

Warunki były niesprzyjające. Początek był taki, że mieliśmy jedną dobrą piłkę na mecz. Reszta piłek była na treningi. Klub był biedny. Nie było sponsorów. Klub należał do federacji Kolejarz, także na wyjazdy na mecze mieliśmy bilety PKP bezpłatne. Na przykład jeździliśmy do Poznania, Jarocina, Ostrowa czy do Kalisza, ale to były już kłopoty, bo trzeba było na godzinę na dworzec się stawić, żeby zdążyć dojechać na mecz. I wracaliśmy około północy czasem… A ja byłem uczniem liceum. Treningi mieliśmy trzy razy tygodniowo. W poniedziałki rozruch, w środy ciężki trening i w piątki były treningi taktyczne. Wszystko na stadionie Polonii. To wszystko się tam kumulowało, bo była jedna płyta główna. Plus to dzisiejsze boisko hokejowe było wtedy boiskiem treningowym. Ale na początku była jedna płyta. I na tej płycie grali hokeiści i my. Poza tym były pokazy strażackie i pokazy konne, także płyta była zdewastowana i  trudna do gry, bo była zniszczona. I chyba w 1964 roku władze miasta postanowiły stadion wyremontować. Przez trzy sezony graliśmy na boisku Technikum Rolniczego. W 1965 roku wróciliśmy na nową płytę, nowy stadion, który powstał na bazie tego starego klepiska.

Zawodnicy drużyny piłkarskiej stojący w szeregu. Fotografia czarno-biała.

I drużyna seniorów piłki nożnej KKS Polonia Środa, od lewej: Rauchut Tadeusz, Walkowiak Zdzisław, Kaczmarek Stanisław, Wartecki Zygmunt, Balcerski Alfred, Braszka Kazimierz, Dukarski Czesław, Nowaczyk Bogdan, Szak Henryk, Kubisiak Ryszard (bramkarz), Mikołajczak Jan (kapitan drużyny), 700-lecie miasta Środa, 1967 rok.

Nazywam się Elżbieta Machajewska z domu Rogalska. Jestem córką Bogusława i Barbary z domu Pawlak. Urodziłam się w Środzie, rok po wojnie. Moimi dziadkami byli Ludwik i Helena Rogalska zd. Przymusińska.

Dziadkowie moi pobrali się w Poznaniu, w poznańskiej Farze w 1900 roku i w tym samym roku przyjechali do Środy. Zamieszkali przy ulicy Dąbrowskiego 11. Dziadek prowadził po teściu księgarnię i ta księgarnia potem rozrosła się w duży sklep papierniczy, który na ul. Dąbrowskiego istniał do niedawna. Zawsze mówiło się, że idzie się na zakupy do Rogalskich. Cokolwiek w Środzie się kupowało to się szło do Rogalskich. I dziadek tam to prowadził. A babcia z kolei była z zawodu fryzjerką i założyła zakład fryzjerski. Jednocześnie robiła peruki. Podobno bardzo piękne. Przyjeżdżały panie z całej okolicy. Panowie też, jak im tupeciki musiała dorobić.

Przed wybuchem powstania dziadkowie bardzo często byli, jak to się onegdaj mówiło, fundatorami. Dziś powiedzielibyśmy sponsorami. Różnych takich… Dziadek mój bardzo chętnie sponsorował imprezy kulturalne, przedstawienia. Ale pod warunkiem, że były w języku polskim. Taki był dziadek konsekwentny. Dziadkowie mieszkali w Środzie i urodziło im się pięcioro dzieci. Najstarsza była Mieczysława, moja ciocia. Ona – od razu powiem na temat jej wykształcenia – ukończyła u Sióstr Urszulanek w Pniewach taką specjalną szkołę dla panienek z dobrych domów. I równocześnie z nią była druga siostra, Maria – ciocia Mania. No i rzeczywiście genialnie gotowały i genialnie piekły, bo to była taka rzeczywiście szkoła, gdzie te kobiety się uczyły prowadzić dom. Szyły, haftowały, robiły wszystko. Następnie był mój ojciec – Bogusław. Ojciec mój studiował w Wyższej Szkole Handlowej w Poznaniu. Potem była ciocia Genia, która miała pseudonim „Mrówka”, ponieważ była osobą niezwykle pracowitą. Niesamowicie. Ona w zasadzie rodzinę utrzymywała w czasie wojny na powierzchni i po wojnie również pomagała swoim siostrzeńcom. Ona właśnie była niezwykle uzdolniona pod względem rysunków. Rysowała właściwie wszystkim. I węglem, i kredą, i olejnymi farbami. No przeróżne rzeczy. I właśnie ona studiowała rysunek u Leona Wyczółkowskiego. Był to malarz okresu Młodej Polski. Właśnie on objął katedrę grafiki w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie po śmierci Stanisława Skoczylasa. I przyjeżdżał do Poznania na wykłady, a ona tam się uczyła. Najmłodsza była ciocia Ewa, która skończyła farmację i rzeczywiście była to kobieta precyzyjna na prawdę niezwykle…

Wróćmy do dziadka. W 1920 roku dziadek zmarł. Ale jeszcze przed tym był uczestnikiem Powstania Wielkopolskiego. Babcia również pomagała przy aplikacjach tego sztandaru powstańczego. Pomagała razem z innymi paniami, bo to państwo Woźni ufundowali ten sztandar. Wiem, że jakieś czynności przy tym sztandarze – bo to oczywiście było w tajemnicy – były robione na strychu tej kamienicy. Jak powiedziałam, dziadek brał udział w Powstaniu Wielkopolskim. Kiedy Rada Żołnierska organizowała Kompanię Straży Bezpieczeństwa, dziadek został mianowany komendantem policji.

Dziadek zmarł 25 lutego 1920 roku w tej kamienicy [przy ul. Dąbrowskiego 11]. Po śmierci został pochowany na cmentarzu średzkim, jako pierwszy w grobowcu wykonanym na zlecenie babci, przez pana Glabiana – rzeźbiarza. Na grobowcu jest taka postać mężczyzny, mnicha w habicie, który się wspiera na krzyżu. Po śmierci dziadka babcia została sama z piątką dzieci. 15 kwietnia 1920 roku kupuje tą kamienicę gdzie jest apteka na Dąbrowskiego. Dąbrowskiego 39. Babcia sobie doskonale radziła. Potem się dowiedziałam, że babcia również oprócz tego o czym mówiłam, to jeszcze miała w okolicznych miasteczkach takie małe sklepiki z artykułami papierniczymi. Także babcia była bardzo zapobiegliwa i rzeczywiście sobie, jako bizneswoman, radziła wspaniale…

Zapraszamy na wirtualny spacer po Dworze w Koszutach

Zapraszamy Państwa na wirtualny spacer, który przybliży uroki oraz niezwykłą atmosferę naszego muzeum. Podczas spaceru można odkryć ciekawe miejsca, poznać niesamowite historie związane z Dworem a także sprawdzić swoją wiedzę w quizie, który dla Państwa przygotowaliśmy.